Albert Cim-Cimochowski. — Portret literacki

I.

A propos — mówił do mnie długoletni mój przyjaciel, znany literat i zasłużony wydawca Albert Savine, z którym gwarzyłem o zamieszkałych w Paryżu Polakach — Albert Cim jest także Polakiem. Właściwe nazwisko jego brzmi Cimochowski.

Wiadomość ta była dla mnie niespodzianką. Nazwisko Cima znane mi już od dawna brzmiało tak po francusku, że ani myślałem, iż źródłosłów jego mógł tryskać z języka polskiego. Lecz dane Savine‘a są zawsze ścisłe i pewne, nie mogłem więc o prawdziwości ich ani na chwilę wątpić.

Po znaczniejszym przeciągu czasu przypadek zetknął mnie z wybitnym i zasłużonym pisarzem Francyi. I przekonałem się wówczas, że Albert Cim jest nie tylko pochodzenia polskiego, ale, że w piersi jego, która przecież nigdy nie oddychała powietrzem kraju ojczystego, bije serce prawego, szcze­rego Polaka.

Na ostatniem zeszłorocznem posiedzeniu francusko-polskiego komi­tetu, który — stroniąc od wszelkich kwestyi politycznych — stara się dzięki współdziałaniu szlachetnych i światlych przyjaciól Polski, jak Gabryel Dauchot, doktor Nicaise, bracia Leblond, Jerzy Bienaimé, zapoznać świat francuski z literackiem i umysłowem życiem Polski, roztrząsaliśmy właśnie kwestyę urządzenia obchodu setnej rocznicy Józefa Ignacego Kraszew­skiego. Szło o obranie kogoś z francuskich literatów, któryby zechciał wygłosić wykład o znakomitym autorze „Chaty za wsią“. Nastręczyły się pewne trudności, wtedy przypomniałem sobie o polskiem pochodzeniu Cima i zaproponowałem zwrócenie się do niego.

Istotnie zabieg nasz został uwieńczony najpomyślniejszym skutkiem. Albert Cim przyjał naszą propozycyę i wywiązał się z niej świetnie. Prosił o dostarczenie mu istniejących przekładów francuskich, ponieważ zaś znajdowałem się w posiadaniu kilku z pomiędzy nich, zaniosłem je. W ten sposób zawiązała się nasza znajomość.

Ulica Vaugirard, numer 98. O jakie 5 minut znajduje się dworzec Mont­parnasse, jeszcze bliżej usadowił się na rue de Rennes ogromny sklep Feliksa Potina. W pobliżu tych dwóch targowisk nie domyślałby się nikt istnienia otulonej ciszą pustelni literata.

Bo też istotnie wrażenie pustelni wywiera ta pracownia Alberta Cimo­chowskiego. Duży kwadratowy pokój od góry do dołu wyłożony półkami. I w tych półkach cisną się legiony książek wielkich i małych, tak zwarte, że igły nie wścibiłbyś między nie. Wszystkie odziane w jednaki uniform ; stalowo-niebieska oprawa ich wytwarza i tonem swym i jednostajnością atmosferę spokoju.

Ciężkie kotary oddzielają izbę od gwaru ulicy. Na kominku płonął wesoły ogień.

Przy biurku siedział mężczyzna rosły, tęgi, o twarzy sympatycznej, naogół raczej nieśmiały. Jakkolwiek liczy 67 lat z górą, trzyma się krzepko i ani charakter jego, ani zewnętrzność nie noszą znamion posuniętego wieku.

Rozmowa nasza toczyła się naturalnie około spraw polskich. Dziękuję panu — mówił mi odczytując dedykacyę jednej z moich rozpraw, którą mu równocześnie przyniosłem i w której przypomniałem mu jego polskość — istotnie czuję się zawsze synem ojczyzny mych przodków, i choć nigdy w Polsce nie byłem, z Polska nierozdzielnie jestem złączony. Mogę pana zapewnić, że kocham Polskę całem sercem.

A potem mówił mi o Sewerynie Goszczyńskim, który był bibliotekarzem jego szkoły za lat dziecinnych, zainteresował się żywo opisem pomnika poety, który znajduje się we Lwowie na cmentarzu Łyczakowskim. Opowiadał o ojcu swoim, Towiańczyku, który następnie wskutek nieporozumień za tle przekonań religijnych, oddzielił się wraz z kilku innymi przyjaciołmi (mianowicie Nabielakiem, Teofilem Paszkiewiczem i Boruckim i właśnie twórcą „Zamku kaniowskiego“) od ogółu emigracyi. Wyraziłem życzenie, żeby spisał swoje wspomnienia o Polakach, których znał w latach dziecinnych. Nie uzyskałem jeszcze dotychczas formalnego przyrzeczenia, iż to zrobi, mam jednak nadzieję, że przecie chwilę na tak ważne przedsięwzięcie znajdzie.

W kilkanaście dni później odbył się obchód Kraszewskiego. Pani Strzemboszowa, spokrewniona z wielkim pisarzem, podjęła się dostarczenia Cimowi danych o Kraszewskim, zawartych w odnośnem dziele Piotra Chmielowskiego. Z materyałów tych, z wrażeń uszczkniętych przy czytaniu dzieł Józefa Ignacego, z osobistych wreszcie wspomnień uwił Albert Cimochowski wonną, wspaniałą rószczkę. To też wykład jego był tryumfem wieczoru.

II.

Albert Cim urodził się w r. 1845 w Bar-le-Duc w Lotaryngii. Oiciec Tomasz Łucyan, bojownik z roku 1830, odznaczony przez generała Chłapowskiego, pod którym walczył na Litwie od 16 maja 1831 (przedtem brał udział w bitwie pod Wawrem, Grochowem, Liwem, Ostrołęką, Bielskiem) srebrnym krzyżem „Virtuti militari“, zamieszkał w Lotaryngii może właśnie dla tego, że owa dzielnika Stanisława Leszczyńskiego zacho­wywała i zachowuje do dziś jeszcze najżywszą sympatyę ku Polakom. Syn spędził parę lat w szkole batiniolskiej w Paryżu, tu miał za nauczyciela twórcę „Zamku kaniowskiego“. Jako obywatel francuski wziął udział w brance z roku 1866, wstąpił później nieco do służby telegraficznej i przy pracy biurowej wytrwał długie lata. W wydanej w r. 1909 książce „Biura i biurokraci“, (Bureaux et bureaucrates, mémoires d‘un employé des postes, télégraphes, téléphones) nakreslił barwnie wspomnienia ze swej karyery urzędniczcj. Karyerę tę uwieńczyło mianowanie w r. 1896 bibliotekarzem zarządu poczt i telegrafów. Dziś znajduje się już Albert Cimochowski na pensyi.

Około r. 1881 zjawia się po raz pierwszy nazwisko rodaka naszego w poczytnym bardzo swego czasu dzienniku „Radical“. Odtąd przez dwana­ście lat prowadził Albert Cim „Przegląd literacki“ na jego łamach. Lecz współpracownictwem jednej gazety nie ograniczył się bynajmniej. Autobiograficzna notatka, której udzielił mi łaskawie, obejmuje więcej, niż dwadzieścia pism codziennych, tygodniowych i miesięcznych, w których błyska lub błyskał jego talent. „Revue bleue“, „Revue universelle Larousse“, „Revue des Revues“, „Nouvelle Revue“, „Figaro“, „La Nation“, „La Patrie“, „L‘Illustration“ liczą go do swych współpracowników.

Zajmował się w tych pismach krytyką, filologią i bibliografią. W „National“ prowadził w roku 1886 i 1887 krytyczny przegląd literacki. Z arty­kułów dotyczących kwestyi wyżej wspomnianych wymienię „Zawód literata“, „Prawa autorskie“, „Co zarabiają pisarze“, „Sprzedaż książek“, „Autorzy, wydawcy i pisarze“, „Kryizys książki“. Jak widzimy tytuły te świadczą o żywem zainteresowaniu się sprawą zarobku pisarza. Sprawa to wielce paląca, pisarz i literat do dziś jeszcze są najczęściej proletaryuszami wyzyskiwanymi przez handlarzy. Płomyk rozgłosu, jaki gore około nich, oświetla często prawdziwą biedę. To też ujęcie pytania owego w ramy dyskusyi i uzyskanie konkretnych wyników było wysoce wskazanem.

Albert Cim na pojedynkę ścierał się dzielnie w obronie swoich towarzyszy. Równocześnie walczył w szeregach „Towarzystwa literatów“ (Société des gens de lettres), które wiele zrobiło ku ulżeniu losów pisarzy. Przez długie lata Cim brał udział w pracach towarzystwa, po dwakroć w latach 1893—4 i 1896—7 — sprawował godność wiceprezesa potężnej organizacyi. Stał się nareszcie historykiem jej nowszych czasów, bo w roku 1903 wydał piękny tom wspomnień literackich, p. t. „Obiady Towarzystwa literatów“ (Le dîner des gens de lettres). Zawiera on tyle ciekawych danych, że zatrzymamy się nad nim nieco.

Niby w kalejdoskopie mkną tu przed nami sylwetki pisarzy i literatów Francyi z ostatnich trzydziestu lat. Osobliwszym darem Cima jest kreślenie śmiałymi i wydatnymi rysami charakterów i postaci. Znamionuje to jego powieść i jego utwory autobiograficzne.

Więc przesuwają się w „Obiadach“ starsi, o których już dziś nie pamięta się, a którzy za swego życia opromienieni byli sławą. Dziwnie prędko zapomina się we Francyi wybitne imiona ! Przytoczę zawarte właśnie w dziele Cimochowskiego uwagi w tej mierze jednego z najoryginalniejszych członków Towarzystwa literatów, Gourdona de Genouillac :

„Patrz przyjacielu, George Sand umarła ledwie przed dwudziestu laty, kto czyta jej 97 powieści ? A Alfons Karr, który zmarł w r. 1890 ? A Emil Souvestre, autor pięćdziesięciu tomów ? A hrabina Dash, która napisała więcej niż 80 romansów ? A Edward Ourliac ? Méry, ten przedziwny gaduła marsylski ? Aleksader Lavergne ? Emil Gonzalès ? Capendu ? Oktawiusz Féré, Amadeusz Achard i tylu innych, z którymi obcowałem kiedyś, których widziałem w pełni powodzenia i w aureoli sławy ? Kto kupuje dziś ich książki ? Kto ich czyta ? Kto nawet zna ich nazwiska, oprócz nas zawodowców ?“

Tak ma się rzecz i z pisarzami późniejszymi. To też szczera wdzięczność należy się Albertowi Cimochowskiemu za wywołanie przed nasze oczy tego korowodu osobistości, które za jego czasów były znane, cenione, sławione, a których imię najczęściej przebrzmiało, jak głos dzwonu od chwili, gdy złożono je do grobu.

Ktokolwiek interesował się historyą rewolucyi francuskiej, ten nie mógł nie znać nazwiska Ernesta Hamela. Historyk Robespierre‘a i Saint-Justa ma zapewnione miejsce w dziejach nauki francuskiej. Profil tego człwieka łagodnego, uprzejmego, uczynnego, dobrego kolegi — co rok składał pewną sumę gwoli udzielenia nagrody literackiej członkom Towarzystwa — jest pierwszym z rzędu w „Obiadach“ Cima.

Punktualny, przychodzacy na wszystkie posiedzenia zasłużył się Hamel około organizacyi kolegów. Dowcipny umiał zawsze odpowiedzieć, jak należy. Cim podaje o nim charakterystyczną anegdotę :

Ojciec Hamela posiadał był rozgłośną restauracyę Grand-Vefour, w Palais Royal (dodam od siebie, że tu podejmowaliśmy w roku bieżącym pozostałych przy życiu uczestników powstania styczniowego). Dorobiwszy się majątku odstąpił ją komu innemu. Zdarzyło się, że Hamel został obrany senatorem. Przeciwnicy polityczni pod dowództwem księżny Uzès chcąc przypiąć mu łatkę rozgłosili, że Hamel chce objąć teraz na nowo kierownictwo restauracyi ojcowskiej.

Hamel posłał do dziennika pani d‘Uzès następujące sprostowanie :

„Bardzo mało zależy mi na tem, czy wiadomość puszczona w obieg przez panów, ma cel złośliwy ; daleki od wstydzenia się zawodu jaki wykonywał mój ojciec, znajduję, że gdy komu się w nim szcęści, zawód ów dostar­cza sporo przyjemności. Zawiera się w nim piękne znajomości. I tak pamiętam, że wielokrotnie widziałem babkę księżniczki d‘Uzès, panią Clicquot, dobrą i poczciwą staruszkę zawsze ubraną w swój staroświecki plaszcz i uprzykrzającą się memu ojcu, aby kupował u niej jej szampan“.

Wynurzają się teraz dwie postacie ciekawe i słynne ze świata powieściopisarskiego. Hektor Malot i Emil Richebourg. Pierwszy, charakter hardy, prawy, pełen poczucia godności własnej. Dobry prozaik, tęgi stylista, znawca mowy ojczystej godzien jest, aby nazwisko jego przeszło do potomności. Niektóre z jego powieści, jak „Bez rodziny“ albo „Roman Kalbris“ były drukowane w setkach tysięcy egzemplarzy i tłumaczone na wszystkie języki. W Anglii i Zjednoczonych Stanach stały się klasycznemi.

Nie był członkiem akademii, nie należał do legii honorowej, nie znajdował się nawet na liście oficerów akademii. A jednak pani Séverine, która nie jest bylekim, stawia go na równi z Balzakiem.

On żył na uboczu, daleki od ambicyi i intryg, oddany swej sztuce. Tylko swemu pióru zawdzięczał środki do istnienia i wpływ. Cim oświadcza słusznie, że do Malota należałoby odnieść słowa jednego z bohaterów jego powieści p. t. „Pompon“ : „Chciałbym pracować dzień i noc ; miałem niejedną zgryzotę w mem życiu i wtedy zwracałem się do wszystkich świętych Pańskich ; ale jeden jedyny mię wysłuchał i ukoił : święty Trud“.

Emil Richebourg był wielkim mistrzem powieści felietonowych. Umiał trafić do upodobań czytelników z klasy robotniczej i małomiasteczkowej. Gdy Gambetta założył „La petite republique“, pragnął pozyskać dla swego pisma pióro Richebourga. Wiedział że wyznavał on zasady republikańskie, że odznaczał się dobrocią i uczynnością. Chociaż więc pismo jego nie mogło żalić się na ubóstwo, przedstawił je — dla zmniejszenia kosztów — jako niebogate.

Richebourg istotnie zniżył swe honoraryum i przyrzekł dać dla dziennika Gambetty powieść po przystępnej cenie 20 centymów od wiersza z tym dodatkiem, że jeśli nakład „La petite république“ przekroczy 30 000 egzemplarzy, on za każde dziesięć tysięcy nadwyżki dostanie pięć centymów więcej za wiersz. Istotnie gdy powieść ta zatytułowana „Dwie kolebki“ doszła do końca, pismo Gambetty tłoczyło 120 000 egzemplarzy, a hono­raryum Richebourga z dwudziestu centymów podskoczyło na sześćdzie­siąt pięć.

Emil Zola był także prezesem Towarzystwa literatów przez kilka lat. Z przedstawienia Cimochowskiego wynika, że stanowił wzór pracownika. Przybywał regularnie na każde posiedzenie, chociaż latem przemieszkiwał o dobrą godzinę drogi od Paryża. Interesował się gorliwie losem stowarzy­szenia ; ilekroć szło o udzielenie pomocy niczamożnemu członkowi Towarzystwa, był pierwszym do poparcia jego prośby, do uzyskania obfit­szej zapomogi.

Nie był jeszcze wówczas persona grata rządu, to też zabiegi jego o uzyskanie legii honorowej dla Pawła Alexisa, powieściopisarza dużej miary, spełzły na niczem. Bardzo znamiennie brzmiała odpowiedź przedstawiciela władz :

— Jakto — zawołał minister, wysłuchawszy Zoli — więc Alexis nie ma dekoracyi ?

— Nie, panie ministrze ; nawet jest on jedynym ze współpracowników „Wieczorów w Me­danie“[1], który odznaczenia nie posiada.

— Zapewniam mistrza — odpowiedział minister — że postaram się powetować mu to zapomnienie. Będę bardzo szczęśliwym… Ale, do kroćset ! — poprawia się naraz ekscelencya. — Nie tym razem ! Wstępujemy w okres wyborczy i byłoby to jedno odznaczenie stracone dla nas. Potrzebujemy teraz odznaczeń do rozdania wyborcom… Niech Alexis troszkę okażę cierpliwości. Proszę mu to powiedzieć. Przyrzekam…“

Przyrzeczenie nigdy nie zostało dotrzymanem.

Poprzestanę na przytoczeniu owych anegdot chociaż w rzeczywistości książka naszego rodaka jest prawdziwą krynicą tychże. Ale muszę scharakteryzować dzieło samo w sobie.

W istocie jest ono jednym z najpiękniejszych pamiętników monograficznych, jakie zdarzyło mi się czytać. „Le diner des gens de lettres“ stanowi zarazem dzieło sztuki. „Towarzystwo literatów“ urasta pod piórem Cima w jednostkę żywą, czującą, cierpiącą, mającą swe łzy i swe uśmiechy, swe chwile porywu i wywczasy. Postacie, które utalentowany pisarz wywołał sine ira et studio, z całą życzliwością i całą prawdomównością wiążą się w harmonijną całość. Usnuł z nich Cimochowski jakby jakiś kobierzec barwny, w którym promienieją zgodnie najrozmaitsze tony.

Oto jeden z kłopotów Towarzystwa : stary maniak, autor kilku marnych ramot literackich zapisuje Towarzystwu kilkadziesiąt tysięcy franków, ale z tym warunkiem, że przez dwa — trzy tygodnie latem zamieszka w wolnym pokoju stowarzyszenia. Tymczasem zamiast kilku tygodni przemieszkuje cały czas, wścibia się we wszystkie sprawy, narzuca swoją osobę wszędzie, i staje się takiem utrapieniem organizacyi, że gdy litościwa śmierć wyrywa go z podstępnie zajętego lokalu, nikt nie chce wypowiedzieć oficyalnej mowy pogrzebowej nad nim.

Zabiegi materyalne wciela doskonale Gourdon de Genouillac, autor sześciotomowej „Historyi Paryża“, „Historyi opactwa w Fécamp“ i wielu innych dzieł. Słyszeliśmy już jego uwagi o znikomości sławy literackiej. Jego wywody o zalewaniu rynku księgarskiego Francyi przez literaturę zagraniczną otwierają nam oczy na właściwy charakter niechęci literatów francuskich ku tejże. Zjawienie się przekładu literatury obcej zmniejsza jakoby popyt na dzieła ojczyste. Zmniejsza więc dochody i zarobek tych co w języku krajowym piszą.

Pogląd materyalistyczny i prostaczy. Nie zrodziłby się nawet w głowie kogoś, co literatury nie uważa za targowisko i z narodzin każdego arcy­dzieła raduje się. Ale w stowarzyszeniu mającem na celu obronę pracowników pióra staje się zrozumiałym mimo swej niesympatyczności i Cimochowski słusznie go zanotował.

Humorem i dowcipem tryska ów organizm zrzeszeniowy w osobie Aureliana Scholla, wysoce zdolnego essayisty i dziennikarza. Uroda życia nęci niepowstrzymanie i chęcią użycia przepaja Arseniusza Houssaye‘a, powieściopisarza, dramaturga i lowelasa z czasów trzeciego cesarstwa ; był on ojcem niedawno zmarłego Henryka Houssaye‘a, jednego z najcelniejszych historyków Francyi i niezaprzeczenie najwybitniejszego jej pisarza batalistycznego. Uprzejmość i koleżeńskość reprezentuje czcigodnie Karol Chincholle, w osobie zaś Hipolita Castille przewija się przed nami gorycz i zapatrzenie się w nicość. Postać to jakby wyjęta z księgi Ekklezyasty, na ustach ma kroplę żółci rozpuszczonej w occie. Vita amara est, brzmi jego hasło. Mąż, który pod pseudonimem Alceste‘a sarkazmem, bystrością myśli, subtelnym smakiem zadziwiał Francyę z czasów Napoleona III i począt­ków trzeciej republiki wyniósł ze swego istnienia tylko wyrazi wyątpień i zgnębienia.

Dobroć chodząca to Thiaudière, który porzuca zawód adwokacki z obrzy­dzenia po pierwszej swej szczęśliwej obronie. Przeciw klientce jego — ukrywaczce skradzionych przedmiotów — trybunał wytoczył pięć oskar­żeń. Thiaudière cztery odparł swą wymową, a jeśli piąte spotkało się z karą, to dla tego, że biło w oczy.

— Jakto — zapytał siebie Thiaudière — oto oskarżona, której wina we wszystkich szczegółach jest niezaprzeczona, która do winy tej sama się przy­znaje, i wymowa adwokata może ją oczyścić z czterech plam na pięć ! Ja który stawiam prawdę i szczerość ponad wszystko, miałbym spędzić całe me życie na przemawianiu przeciw memu sumieniu, na występowaniu przeciw prawdzie, byle tylko zarobić pieniądze ? Nie, nie chcę tego zawodu !“

I rzucił go, aby żyć z pióra.

Czarno zapatrujący się na życie, (najulubieńsze jego dzieło nosi tytuł „La proie du néant“, „Zdobycz nicości“) tak wrażliwy na wszelkie cier­pienie, że można do niego odnieść wiersz jego :

Moi, je deviens toujours ce que je vois souffrir
(Ja staję się zawsze wszystkiem, co widzę cierpiące)

odznaczał się on niewyczerpaną dobrocią. Opowiadano o nim, że gdy odbył raz podróż do Neapolu, zobaczył na ulicy chorego opuszczonego psa. Nie chcąc go zostawić bez opieki, krążył z nim przez trzy dni po ulicach lazurowego miasta, a gdy nareszcie znalazł lecznicę, tak że mógł psa zostawić, musiał wracać do ojczyzny. Wyjechał więc Neapolu prawie nie widziawszy.

Anegdota ta nie zupełnie była prawdziwą. Istotnie psa chorego znalazł, i w lecznicy go na swój koszt umieścił, ale poszukiwania nie trwały tak długo, żeby nie miał zwiedzić grodu opartego o Wezuwiusz.

Prawdziwą natomiast jest inna opowieść. W r. 1871 w Bordeaux znalazł się przypadkiem na posiedzeniu trybunału poprawczego. Sądzono tam włóczęgę, śpiewającego po drogach, nieustannie skazywanego na więzienie, tak, że młodość calą w murach aresztanckich spędził. Thiaudière‘a wzru­szył widok tego biednego człowieka. „Włóczęga — rzekł sobie — nie znaczy zbrodniarz ; wszak i Chrystus nie miał dachu nad głową…“ Po wielu więc zabiegach uzyskał nie tylko uwolnienie włóczęgi od kary, ale nawet zniesienie dozoru policyjnego nad nim. Sprowadził go wówczas do Paryża, umieścił u siebie, karmił przez parę miesięcy, potem znalazł mu miejsce, ożenił go, i w końcu przemienił w uczciwego pracownika i ojca rodziny.

Kolega jego i stały towarzysz August Saulière, autor „Wojen w parafii“ i szeregu innych humorystycznych dzieł, stanowił w przeciwieństwie do niego wcielenie wesołości i śmiechu. I właśnie życie jego i jego małżonki skończyło się jak najtragiczniej. Pewnego dnia dostał nagle obłąkania, usiłował przerżnąć sobie gardło, a umieszczony w domu waryatów zmarł po sześciu tygodniach.

W kilka dni żona, nie mogąc znieść swego osierocenia, usiłowała za­czadzić się. Uratowano ją, Thiaudière umieścił ją w prywatnym szpitalu na wsi ; gdy przyszła na tyle do sił, że mogła chodzić, odebrała sobie życie przez powieszenie.

A oto inna tragedya :

Edward Montagne, autor licznych powieści, nowel i dramatów, wytworny towarzysz oczarowujący wdziękiem swej ruzmowy, miał dwóch synów i córkę. Jeden z synów liczący dwadzieścia kilka lat był urzędnikiem w Anamie. Wysłany z jakiemś poleceniem przez swego szefa, został w drodze napadnięty i pożarty przez dwa tygrysy.

Okrutna w swoim charakterze jest scena, gdy ojcu, który przed kilkoma dniami otrzymał list od ulubieńca, donoszą, że on bardzo chory, że jego życie jest zagrożone, a gdy rodzic mimo to wszystko wierzyć nie chce, wyznają nareszcie straszną rzeczywistość. On biega od biura do biura, żywi przekonanie, że to omyłka, łudzi się, boryka się w duszy ze straszną prawdą, na koniec ulega jej. I zaczyna się powolne podkopywanie sił duchowych nieszczęsnego, potem runęły siły fizyczne i w dwa lata po synu ojciec idzie na wieczny spoczynek.

Pozostawiam długi szereg szczegółów i odcieni, piękne malowidło wyborów do komitetu ścisłego i do zarządu, sylwetki poetów, których talent wart był, aby nie okryła ich fala zapomnienia, profile kobiet, które następnie zostały dopuszczone do Towarzystwa literatów. Powtórzę jeszcze raz : w dorobku literackim Alberta Cimochowskiego książka ta należy do rzeczy najpiękniejszych.

III.

We Francyi, kraju par excellence wyrafinowanym i literackim zasada wygłoszona przez, Buffona, le style c‘est l‘homme — styl to człowiek — do dziś jeszcze — ku chwale tego przodowniczego społeczeństwa — zachowała swe znaczenie.

Podnosimy ów szczegół, gdyż stosuje się on w zupełności do Alberta Cima.

Jest to pisarz, który ma właściwy sobie język i swoje cechy literackie. Nie tonie on, jak tylu innych w szerokim tłumie współzawodowców, przeciwnie strumień jego twórczości wyróżnia się połyskiem swej fali i zarysami swoich brzegów.

Dorobek literacki Alberta Cima jest bardzo pokaźny. Obejmuje on około pięćdziesięciu tomów. Należy tu najpierw grupa dzieł interesujących miłośnika książek, widzieliśmy w poprzednim rozdziale dwa utwory autobiograficzne. Od roku 1893 Hachette wydał trzynaście tomów jego pism dla młodzieży. W r. 1910 Cim ogłosił studyum o pieśniarzu Emilu Debraux. Atoli najwybitniejszy dział stanowią dwadzieścia dwa tomy powieści i zbiorów nowel.

Z pierwszej grupy główne tytuły brzmią : „Mały podręcznik miłośnika książek“ (Petit manuel de l‘amateur des livres, Paryż 1908, u Flam­mariona), „Miłośnicy i złodzieje książek“, „Biblioteka podsekretaryatu państwowego poczt i telegrafów“, „Biblioteka : sztuka kupowania książek, klasyfikowania ich, przechowywania i używania“ (Une bibliothèque : L‘art d‘acheter les livres, de les classer, de les conserver et de s‘en servir, Paryż 1902, Flammarion), „Książka, jej historya, wytwarzanie itd.” (Le livre, historique, fabrication, achat, classement, usages et entretiens, Paryż 1905—1908, Flammarion).

Z dzieł tych dwa ostatnie zostały uwieńczone przez akademię francuską. „Książka, jej historya, wytwarzanie itd.“ liczy pięć tomów i zawiera w sobie owoc długich poszukiwań i wieloletniego czytania. Dla nas miłą jest jeszcze dla tego, że mieści parę światłych stronnic poświęconych bibliotece Zału­skich w Warszawie.

Obecnie w „Revue“ drukuje Cimochowski szereg artykułów o dziwolągach językowych i wyrażeniowych u wybitnych pisarzy francuskich. Niemasz pisarza, w którym by Cim nie znalazł przyczynku do swej galeryi, a ciekawą jest ona i psychologicznie. Wykazuje, jak czasami najtęższe umysły nie dotrzymują kroku poprawności wyrazu i poprawności myśli. Ztąd wniosek, że adept literatury winien być czujny jak żóraw i że gorliwie należy mu gładzić i wygładzać każdy zwrot swój i każdą myśl.

Ta troskliwość o czystość języka i o poprawność wysłowienia stanowi jedną z głównych cech Cima. Pośród żyjących pisarzy ma Cimochowski zaszczyt należenia do tych, których język posiada hart bronzu, jego dźwięczność i jego tężyznę. Są w każdej literaturze pisarze, co zachowują swe miejsce, dzięki językowi i stylowi. Zawsze Voltaire‘owska „Historya Karola XII“ pozostanie książką, z której początkujący uczyć się będą języka francuskiego, zawsze „Atala“ Chateaubrianda i dwie towarzyszące jej nowele stanowić będą najważniejszy pamiętnik do historyi stylu francuskiego z dziewiętnastego stulecia ; ztąd bowiem biorą początek wszystkie majwybitniejsze arcydzieła stylistyczne romantycznej i poromantycznej Francyi. Otóż skoro idzie o język, to nie wpadnę w przesadę oświadczając, że kto chce poznać w całej pełni piękną mowę francuską ze schyłku dziewiętnastego i początku dwudziestego stulecia, ten znajdzie ją w dziełach naszego rodaka.

Pochwała to niemała, gdy się rozważy, że w obecnej porze podobnie jak i w język polskiej powieści, w język francuskiej prozy literackiej spadają gęstym tumanem wyrażenia brukowe i gwarowe, podczas gdy równocześnie tu i owdzie przez wyłomy wkrada się niepoprawność i wadliwość stylu.

Albert Cim w owym przejściowym okresie wydaje mi się podobnym do chorążego twierdzy, który jedną dłonią trzyma proporzec, a drugą siecze w prawo i w lewo oblegających barbarzyńców.

Urodzony i wychowany na prowincyi Cimochowski zachował najżywsze wspomnienia o zakątkach, które widziały jego lata dzieciństwa i złotą młodość. Do prowincyj też, do zaułków Bar-le-Duc, do pól i wzgórków Lota­ryngii, do domków wiejskich i małomiasteczkowych wraca najchętniej jego myśl ; życie i środowisko owo kreśli najłacniej jego pióro. Pierwsza powieść Cima „Mlodość“ (Jeunesse) wydana w roku 1880 maluje stosunki prowincyonalne i motywy prowincyi stanowią oś jego utworów literackich do ostatniego zbioru nowel p. t. „Moje wakacye“ i ostatniej powieści : „Przygoda miłosna“ (Galante aventure), opowiadającej wdzięcznie dzieje młodych serc przed rokiem 1860.

Jedną z najciekawszych w tej grupie jest powieść „Miłostki młodzieńca z prowincyi“ (Les amours d‘un provincial). Wydana w r. 1887 została przedrukowaną następnie w r. 1891 przez Savine‘a. W pięć lat później zaś przez Flammariona (w kolekcyi Auteurs célèbres).

Powieść to o pokroju realistycznym, odzwierciedlająca udatnie młodość pokoleń francuskich, które dojrzewały przed upadkiem drugiego cesar­stwa. Osierocony przez ojca i matkę młodzieniec wychowanym zostaje przez ciotkę prawomyślną, sztywną, chociaż w gruncie rzeczy wcale nie egoistyczną. Bardziej ujmuje za serce sylwetka starej służącej Maryanny, która wypielęgnowała i bohatera powieści Marcelego i jego brata Gilberta.

W Gilbercie mamy jedną z najsympatyczniejszych postaci, jakie kreśli powieść lat osiemdziesiątych. Ukończywszy studya poświęca się on zawodowi dziennikarskiemu i prowadzi do ataku przeciw Napoleonowi III. Jak wielu towarzyszy z owej epoki, którym niestety po obwołaniu republiki honores zmieniły ogromnie mores, zachował on polot idealistyczny i chociaż Cim w roku 1880 mógł już zauważyć zmianę cech u ludzi owej kategoryi, wolał, jako historyk — Gilbertowi dawny charakter pozostawić. Zresztą Gilbert ginie w walce z Prusakami, nie ma więc czasu przebyć ewolucyi późniejszej swych kolegów.

Około tych dwóch braci (Gilbert mieszka w Paryżu) grupuje się rój postaci zaobserwowanych nadzwyczaj trafnie. Więc małomiasteczkowe panie i panienki, wysłużony kapitan Rambert, adwokat prowincyonalny Warnier, potem koledzy gimnazyalni jedni wyrastający nad powszedniość, drudzy przeciętni. W stolicy grono dziennikarzy opozycyjnych, z których każdy swój profl, i właściwe sobie rysy.

W pasma tego życia gimnazyalnego i uniwersyteckiego (Marceli studyuje medycynę) wplatają się dwie barwne nici : miłość platoniczna mło­dzieńca do robotnicy Amelii, potem po rozchwianiu się owego snu i wyjeździe Marcelego do Paryża, miłostka z miejską półświatówką. Młodzian wynosi z niej jeszcze głębszą ranę w piersi, wyjeżdża na wieś, otrząsa się po kilku miesiącach pobytu w rodzinnym zakątku, przy dobrej Maryannie, z bolesnych wspomnień i przejść, i odnalazłszy przyjaciółkę dziecięcych lat Genowefę poślubia ją i osiedla się jako lekarz w miasteczku, gdzie ujrzał światło dzienne.

Zapytany przezemnie listownie autor wyznał mi, że powieść tę przenosi nad wszystkie inne. Istotnie godna jest ona sympatyi swego rodzica. Lekka melancholia unosi się nad całością, nad owem życiem zacisznem, które rydwan czasu dziś już zgniótł na miazgę, nad krwawieniem się serca młodego, mającego dążności szlachetniejsze, a kaleczonego przez prostacze lub nikczemne dłonie kobiece, nad postaciami kolegów i znajomych, którzy szarpali się w wirze życia, i którzy powoli znikli w tym wirze, podobni do białych, lekkich muszek zwanych jednodniówkami, i nielitościwie chłonionych przez fale rzeki, o które się muskają.

Melancholia ta udziela się i czytelnikowi a z nią także wnika weń sympatya autora ku jego książce.

Mają jeszcze jedną zaletę „Miłostki młodzieńca z prowincyi“. Napisane w okresie wszechwładnych rządów realizmu, w porze zalecania sztuce li tylko niewolniczego fotografowania życia oparły się one temu powszedniemu, dziś na szczęście odrzuconemu, żądaniu. Myśl głębsza, światlejsze pragnienie przenikają owo dzieło. Pośród osób panują nad całem otoczeniem idealistyczny Gilbert, prosta a zacna Maryanna, słodka, łagodna Genowefa. Wysunięcie tych właśnie charakterów na naczelne miejsce świadczy o właściwych sympatyach Cimochowskiego. Marceli w dziejach swego uczucia jest również czystym i sympatycznym, a jeśli uczucie swe niósł w dani kobiecym jednostkom małej wartości, wina w tem nie jego, tylko życia. Miłostki właściwie nie było u niego, zawsze miłość gorzała w jego sercu.

Szerokie, uczuciowe podmalowanie tła sielankowo-prowincyonalnego, następnie końcowe skierowanie bohatera powieści właśnie na to tło, ukazują nam światopogląd Cima wyższy i szlachetny.

To też dzieło omawiane ma potrójną wartość. Jako dokument będzie zawsze interesować historyka czasów poprzedzających rok 1870, jako utwór artystyczny wykończeniem swem i nienagannem dotrzymaniem w charakterze tylu postaci zaczynając od dziatwy, a idąc ku starcom, zaspokaja najwybredniejsze żądania. Zaś jako książka mająca polot i moralny sens nie zostawia w duszy pustki, przeciwnie odwracając ostatnią jej kartę czuje czytelnik wdzięczność dla jej autora.

Vogóle moralne zdrowie znamionuje powieści Cimochowskiego. W niektórych potrącił on o motywy patologiczne niemal (Deux malheureuses — Dwie nieszczęsne), w innych kładzie palec na rany społeczne (Demoi­selles à marier — Panny na wydaniu, Emancipées — Emancypantki), gdzie­indziej jeszcze (Joyeuse Ville — Wesołe miasto ; Le célèbre Barastol — Słynny Barastol) śmieje się wesoło. Wszędzie jednak mamy do czynienia nie tylko z literatem, ale i z myślicielem.

IV.

Nowela również nie jest obcą naszemu pisarzowi, a nawet w tym za­kresie stworzył on istne perełki.

Naczelne miejsce w tej grupie utworów należy się tomowi zatytuło­wanemu „La petite fée“.

Ową małą wróżką jest piękna pani Marta d‘Avrillet. Wychowana w arystokratycznym klasztorze paryskim, o główce pełnej mrzonek romantycznych, śniąca o małżonku wyższym ponad przeciętny ogół, zostaje po­ślubiona małomiasteczkowemu fabrykantowi wyrobów żelaznych. Zacny to człowiek, szlachetny, energiczny i bynajmniej nie ograniczony. A jednak młodej kobiecie wydaje się mężczyzną bez wartości, plebejuszem duchowym i Marta zawsze, ilekroć pomyśli o swem małżeństwie, czuje na dłoniach swych okowy.

Przypadek zdarza, że na koncercie u baronostwa Thiery poznaje skrzypka du Mesnil. Muzyk, podobnie, jak państwo d‘Avrillet, mieszka w Compiène ; noc już późna, doróżki nie znajdzie na wsi, więc pan d‘Avrillet proponuje mu powrót do miasteczka w jego bryczce.

Du Mesnil, mierny artysta, który po ukończeniu konserwatoryum pozostał w stolicy, mimo wszelkie zabiegi, w cieniu, musiał nareszcie zadowolić się stanowiskiem kapelmistrza i nauczyciela muzyki w Compiègne. Wegetował w małem miasteczku, nie zadowolony z swych losów, uważa­jący się za zapoznanego geniusza, próżny i zarozumiały. Panią d‘Avrillet już od dawna zauważył, a spostrzegłszy, że w czasie podróży z zamku fabrykant zasnął głęboko (czego dowody składał swem chrapaniem) wypalił miłosne oświadezyny małżonce tegoż.

Nagromadziło się sporo suchego materyału w duszy Marty, skoro iskra wykrzesana z tak marnego krzesiwa, mogła zapalić w jej duszy ogień, a tak stało się. Marta narażając się nieustatnnie na odkrycie w małej mieścinie, zawiązała stosunek miłosny ze skrzypkiem. Nie był to jednakże kaprys młodej kobiety. W du Mesnilu mieściła ona wszystkie swe rojenia, wszystkie swe „sny o potędze“, swe uduchowienia. Zdawało się jej, że ten artysta wcielał w sobie ideały romansowe i umysłowe, którymi karmiła ją jej wy­obraźnia od lat pensyonarskich aż do ostatnich chwil.

I kiedy nareszcie odwiedzanie przez nią muzyka stało się publiczną tajemnicą miasteczka, kiedy mąż nawet spotkał ją, gdy od du Mesnila wracała, kiedy wspólnie z matką jęli przemawiać do jej myśli i uczuć gwoli jej upamiętania, rezultatu nie osiągnęli. Pewnego dnia pan d‘Avrillet wyjechał w sprawach fabryki ; Marta korzystając z jego nieobecności wymogła na du Mesnilu opuszczenie Compiègne i udanie się razem z nią do Paryża.

Pieszczotliwie nazywana przez skrzypka jego małą wróżką sądziła, że prowadzi ukochanego w ten sposób ku jego szczęściu, że wyrywa go ze śniedzi prowincyonalnej, że na stołecznym bruku tenże, mając przy sobie kobietę mogącą go ocenić i zrozumieć, zajaśnieje szybko pełnią promieni, jak gwiazda polarna. Omyliła się. Du Mesnil był najzwyklejszym filistrem i jeśli schlebiało mu to i było wygodnem na prowincyi posiadać kobietę, która nie potrzebowała jego pomocy materyalnej, konieczność w Paryżu utrzy­mania tejże, zmieniła zupełnie jego pogląd na Martę. A jednak ta z całem oddaniem się pomagała mu w walce o byt. Przemieniła się w skrzętną zabiegliwą gosposię, w wolnych chwilach dokonywała za nędzną zapłatą przepisywań. Ślęczała nocami, aby ulżyć wybrańcowi swego serca.

Du Mesnil znalazł jakie takie zajęcie, lecz czyhał na sposobność oderwania się od „małej wróżki“. Zresztą codzień wrzało w nim. Stał się kłó­tliwym, obelżywym, grubiańskim. Wytykał Marcie, że złamała jego karyerę. I pewnego dnia nie wrócił do niej, gdyż zamieszkał z pewną diwą trze­ciorzędnego teatru.

Jak anioł Opatrzności zjawiła się wtedy w mieszkaniu pani d‘Avrillet, jej zacna matka. Zastała córkę wybladłą, wycieńczoną troski i niedostatek poderwały jej zdrowie. Chciała ją zabrać do męża, w miasteczku bowiem głosiła wszystkim, że córka przedtem już trochę chorowita, wyjechała dla poratowania zdrowia do Nicei. Ale niestety do Compiègne wróciła już tylko z trumną : córka zgasła w szpitalu prywatnym, dokąt matka przewiozła ją po przyjeździe.

Literatura francuska posiada klasyczny utwór traktujący o owem smutnem zerwaniu małżeństwa przez niezaspokojoną w swych rojenich kobietę. Jest nim słynne tragiczne arcydzieło Flauberta „Pani Bovary“. Było więc śmiałem przedsięwzięciem ze strony Cimochowskiego podjąć ten sam temat. A jednak przedsięwzięcia tego bynajmniej nie można nazwać chybionem. W innem środowisku i w innych warunkach Cim stworzył rzecz piękną i okazałą, prawdziwe cacko uczucia. Współczujemy z panem d‘Avrillet, bolejemy nad matką Marty, ale najsmutniejszym wydaje się nam los samej „małej wróżki“, będącej ofiarą swych złudzeń. I dla jej od­dania się i poświęcenia godniejszego lepszej sprawy, nie rzucimy na nią kamieniem

Jak powieści Cima, tak i zbiory nowel obfitują w sylwetki i portrety kreślone wyraziście ręką pewną. W „La petite fée“ nowela „Zbyt wiele miłości“ obraca się około ciekawych postaci rodziny Haussart ucieleśniającej błyszczącą nędzę. W „Ułomnym Janie“ pociąga nas sylwetka dzielnego człowieka. Arcydziełem sielankowohumorystycznem jest „Siostrzeniec księdza proboszcza“. Z werwą i zarazem poezyą maluje tu pisarz podlotka obdarzonego zanadto soczystym temperamentem i ujętego w sieci owej panienki młodzieńca.

Piętnastoletni Ludwik Maginot, siostrzeniec księdza Hennecquarta, plebana w szampańskiej wiosce Fleurizelle, służąc co rano do mszy swemu wujowi, zauważył od kilku dni na ławach zarezerwowanych dla istniejącego na wsi pensyonatu panien, nową przybyszkę. Smukła, szczupła zaintrygowała go jeszcze więcej dla tego, że ilekroć spojrzał ku niej, jej oko już czekało jego wejrzenia.

Strzeliste te zerkania prześwidrowują mu duszę do dna. Co do panienki, w naturze jej była już zalotność. Z owego nawet powodu rodzice wycofali ją z klasztoru Benedyktynekw Reims, snuła tam bowiem pasmo miłostek. Fleurizelle stanowiło dla niej niejako miejsce wygnania.

Młodzieniec, który gotował się do stanu duchownego, ulega kuszeniom syreny liczącej tyleż lat co on, a może nawet mniej. Dzięki modlitewnikom zostawionym jakby przez nieuwagę na skrajach ławek, dochodzi do skutku wymiana listowna, a po listach płomiennych, jak wybuchy wulkanu, następują schadzki ułożone przez Adelinę w sposób niesłychanie zręczny.

I mimo, iż autor oświetla całą opowieść promykani humoru, roztacza się przed nami w istocie sielanka urocza i ujmująca za serce.

Niby kania na parę gruchających gołąbków runęła w przeddzień rozstania się ich (z powodu zbliżająsych się wakacyi) przełożona pensyi, stara panna de Tresmond. Zaskoczyła ich na schadzce, zerwała z Ludwika czapkę, zaniosła ją do księdza, poczem ksiądz ochłostawszy siostrzeńca, wysłał go do rodziców. Orze teraz i włóczy, a jednak z pewnem utęsk­nieniem przypomina sobie idylę po mistrzowsku opisaną przez naszego rodaka.

Lecz panna Adelina odesłana do rodziców nie poprawiła się i podczas wakacyi dała się wykraść urzędnikowi swego ojca.

V.

Nowele Cimochowskiego wydają mi się podobnemi do tych wiejskich dziewczątek, które w poranek czerwcowy idą sobie przez zagony do pracy polnej odziane w zgrzebną koszulę, ale wesołe i proste, wolne od wszelkiej przesady i śpiewające jak ptak boży. Jak ich piosenka, dykcya autora jest naturalną i szczerą, a tematy przychodzą mu do głowy niewymuszenie, same z siebie, nie wyszukiwane ze świecą, nie ciągnięte przemocą za rękę.

Takie wrażenie zostawia mi ostatni tom jego nowel „Moje wakacye“. Przeznaczony on niby dla młodzieży, ale w istocie należy do tej grupy książek, które jak „Serce“ Amicisa, albo „W pustyni i puszczy“ Henryka Sienkiewicza są dziełami prawdziwej literatury.

Jedną chyba cechę „Mych wakacyi“ możnaby przypisać okoliczności, iż nosi nazwę dzieła dla młodzieży : rozwinął w niem autor proporzec swych wspomnień z lat dziecięcych. Jakże miłym i kojącym jest wypoczynek wśród tych prostych ludzi zakątka lotaryńskiego, rębaczy leśnych, wieśniaków, wyrobników, albo średniozamożnych przedstawicieli mieszczań­stwa lub inteligencyi miasteczka Bar-le-Duc. A około owych ludzi starszych wiekiem tańczy niby rój muszek letnich brzęcząca, wesoła, zdrowa, gwarna dziatwa. Maluczcy duchem i maluczcy wzrostem zespolili się tu, zlali w jedną barwną plamę, na której oko spoczywa z lubością.

Dla nas „Moje wakacye“ są tem milsze jeszcze dla tego, że zawierają naj­piękniejsze stronnice, w jakich Cimochowski dał upust swemu polskiemu uczuciu. Stronnice te objęte są tytułem „Le petit tailleur polonais“ (Krawczyk polski).

„Nigdy nie Przestałem kochać Polski“ — pisał do mnie Cim w jednym ze swoich listów“ — „i nigdy nie przestałem myśleć o Polakach“.

W spomniałem już o stronnicach poświęconych bibliotece Załuskich. Powiem parę słów o pięknej mowie o Józefie Ignacym Kraszewskim. Podniósł w niej nasz rodak w przepiękny sposób wartość Kraszewskiego nie tylko jako artysty, ale jako myśliciela, jako obywatela i patryoty. „Widzicie panowie — powiada — zasadnicza myśl Kraszewskiego brzmi : „praca przedewszystkiem !“ W niej tkwi zbawienie. Przestawszy istnieć jako forma państwowa, Polska będzie istnieć dalej jako naród. Ma do tego prawo i obowiązek“.

Gdzieindziej przytacza wspaniałą apostrofę Kraszewskiego do ziemi ojczystej i zestawia ją z wierszami Kazimierza Delavigne w „Marino Falieri“. Kończy zaś następującą charakterystyką :

Kraszewski był zawsze przeciw możnym tego świata ; nigdy nie zaprzestał bronić sprawy maluczkich, uciśnionych, pokrzywdzonych. To najpiękniejsze jego prawo do chwały. Był on nie tylko niestrudzonym pracownikiem, nadzwyczajnym i przedziwnym wytwórcą, genialnym i znakomitym pisarzem, był nie tylko wielkim człowiekiem, ale wielkiem sercem, apostołem ludzkości. Uczcijmy to świetne imię i pozdrówmy z nabożeństwem i z całej naszej duszy ową tytaniczną postać.“

W autobiograficznem dziele „Bureaux et bureaucrates“ (Biura i urzędnicy) znajdujemy sylwetki kolegi Cima, także syna Polski, W. Zucho­wieckiego. Urodzony już we Francyi, w Marans (skąd pochodzi jego pseudonim literacki : „Maranze“), Zuchowiecki przyszedł był do Cimochow­skiego z prośbą, aby mu pomógł ulokować jego piętnaście powieści spoczywających w rękopisie. Istotnie dzięki zacnemu poparciu dobrego kolegi większość ich przeznaczona głównie dla młodzieży, znalazła nakładców.

Zuchowiecki nie poprzestał na pisaniu (wymienimy „Szesnatoletnią boha­terkę“, „Kapitana złote serce“, „Wspomnienia dziadka“, „Podróż na około świata z całą rodziną“, „Dwudziestu chłopaków na strychu“. Niejedno stąd wartoby przetłumaczyć dla naszych milusieńkich). Rysował także bardzo udatnie, a nadto zajmował się mechaniką. Pod koniec życia wymyślił przyrząd ratowniczy dla żeglarzy i pasażerów okrętowych. Przyrząd ów przezwany „orłem morskim“ zwrócił powszechną uwagę. Ministeryum marynarki udzieliło mu poparcia, reporterzy zjeżdżali (z Ameryki zwłaszcza) na jego doświadczenia. Zuchowiecki stał się rozgło­śnym, jeśli już nie słynnym. Niestety padł ofiarą swego entuzyazmu. Mimo ostrzeżenia kapitana podwodnego statku „Le gnome“, który śledził jego doświadczenia w porcie La Rochelle, rodak nasz nie wahał się rzucić parę razy do zimowej wody. Działo się to w marcu, a liczył 64 lat ! „Gdybym tego nie zrobił — mówił — powiedzianoby, że nie mam zaufania do mego przy­rządu. Byłby to dla mnie wstyd !“

Kilkakrotne zanurzenie się i pływanie po lodowatej toni wywołało zapalenie płuc i mózgu, któremu biedny wynalazca uległ.

Był to człowiek porywu, zapału i szlachetności. W czasie procesu Dreyfusa napisał w obronie oskarżonego powieść „Garstka dzielnych ludzi“. Zaznaczył tam swoje stanowisko, czysto utopijne :

„Instynktownie i rozumowo jestem ze słabymi przeciw mocnym, z męczen­nikami przeciw katom. Byłbym hugenotą w czasie rzezi świętobartłomiejskich, żydem lub heretykiem w okresie Torquemady, i — mimo mego republikanizmu — rojalistą w dobie Robespierre‘a.“

Entuzyazm jego w danym razie szedł na marne, godnym jest jednak zaznaczenia.

Dobrze stało się, że Albert Cim uratował od zapomnienia tę postać sympatyczną i interesujęcą.

W powieści „Dobra przyjaciółka“ wyrzeźbił Cim wspaniałą postać Tadeusza Macewicza, emigranta z roku 1831. Jest to nauczyciel języka francuskiego i angielskiego w gimnazyum lotaryńskiego miasteczka Saint-Dié.

„Urodzony na pograniczu Litwy i pruskiego zaboru, pełnił funkcye sekretarza w dyrekcyi wód i lasów w Warszawie, gdy dnia 29 listopada 1830 r. Belwederczycy dali znak powstania. Uczucia Tadeusza w kwestyi niezależności polskiej były uczuciami wszystkich towarzyszy, wszystkich tych akademików należących, jak on, do tajnych stowarzyszeń Filomatów czy Promienistych ; nie wahał się więc ani przez chwilę połączyć swój wysiłek z wysiłkiem ich i wziął udział w bohaterskim legionie Różyckiego we wszystkich głównych walkach stoczonych z wojskiem moskiewskiem.“

Po klęsce przekradł się ku Francyi, gdzie naród witał Polaków entuzy­astycznie, podczas gdy rząd — jak Ludwik Filip chlubił się potem sam — był w zmowie z ich katami. Jadąc z Kolmaru do Nancy zanocował w gór­skiej mieścinie St. Dié, nazujutrz posłaniec od podprefekta prosił go do biura. Podprefekt był w posiadaniu kilku dokumentów napisanych w języku rosyjskim i nie mógł znaleźć nikogo, coby mu je przetłumaczył.

Polski oficer wyświadczył z gracyą drobną tę usługę. Gdy w czasie rozmowy okazało się, że Macewicz posiadał rozległe wykształcenie lingwi­styczne, że mówił nie tylko po polsku, francusku i rosyjzku, ale po angiel­sku, niemiecku, szwedzku i węgiersku. podprefekt zaproponował mu miej­sce nauczyciela języków żyjących w gimnazyum miejscowem. I na miejscu tem aż do zgonu pozostał.

„Jednak nie raz przychodziło mu do głowy podać się do dymisyi ; czuł gorącą, oszołamiająca żądzę widzenia ponownie ojczystej ziemi. Nie­ustannie myśl jego ulatywała tamtędy, błąkała się po ulicach Warszawy i Wilna, po lasach Augustowa i oczy jego napełniały się łzami, gdy myślał nie tylko o swej rodzinie, o swych siostrach i braciach, o swej sędziwej matce, od której już dawno nie miał wiadomości ; nie tylko o swym majątku straconym, o swych tytułach i swych zaszczytach niedoszłych, o swych ambicyach i nadziejach zawiedzionych. Nie ; roztkliwiała go myśl o tem nie­określonem jestestwie, które nazywa się Ojczyzną ; o tem zespoleniu serdecznych wspomnień, instynktowych przyzwyczajeń, pobożnych uczuć, o wezłach wszelkiego rodzaju, które ściskają najgłębsze skrytki serca, węzłach tak słodkich, tak drogich, tak potężnych !“

Starzec ów otoczony czcią poświęca wszystkie swoje wolne chwile pracy nad porównawczym słownikiem języków słowiańskich, słownikiem, który ma być pomnikowem dziełem nauki polskiej i który ma Polskę jednym klej­notem więcej ozdobić. I co wieczór odmówiwszy modły swe — odznacza się prawdziwą nabożnością — wygłasza wzruszającą Mickiewiczowską modlitwę z ksiąg pielgrzymstwa polskiego :

„Panie Boże wszechmogący ! Dzieci narodu wojennego wznoszą ku Tobie ręce bezbronne z różnych końcéw świata. Wołają do Ciebie z głębi kopalni syberyjskich i ze śniegów kamczackich i ze stepów Algieru i z Francyi, ziemi cudzej. A w ojczyźnie naszej, w Polsce, wiernej Tobie, nie wolno jest wołać do Ciebie“…

Te stronnice poświęcone Macewiczowi są prawdziwym ułamkiem eposu w powieści Cimochowskiego.

Przykro uraża okoliczność, że właśnie córka tego samego szlachetnego starca — urodzona zresztą z Francuzki — gra w „Dobrej przyjaciółce“ rolę nieszczególna. Prowadzi się źle ; romansuje z miejscowym hrabią, podczas gdy żona tegoż dogorywa na suchoty ; stawszy się hrabiną zdradza męża z półtuzinem kochanków, nareszcie kończy obłąkaniem. Dzieje jej są jednakże opowiedziane przez Cima tak przedmiotowo, tak bez najmniejszego odcienia przekąsu, kontrast między nią a ojcem nakreślony tak wyraziście, że pozostaje nam tylko jedno przypuszczenie, i to bodaj najprawdopodobniejsze : Cim wziął ową postać zarówno jak postać jej rodzica z natury. Ziściło się tu przysłowie nasze głoszące, iż z jednego drzewa sporządzonym bywa nickiedy krzyż i łopata.

Zaznaczyliśmy zaś już poprzednio, iż wszystkie sylwetki i charaktery, od jakich roi się w dziełach naszego rodaka, mają kontury tak wyraziste, iż nasuwa się przy ich oglądaniu myśl : to są postacie widziane przez autora.

Stajemy obecnie przy Wieczorkiewiczu.

Tak brzmi nazwisko owego krawczyka polskiego, o którym wspomnieliśmy wyżej przed rozpoczęciem naszej dygresyi.

Franusiem przezywano skromnego krawca osiadłego w Bar-le-Duc i pracującego po domach. Gdy miał ktoś do przenicowania wytarte palto, gdy ojciec jakiś chciał przykroić do rozmiarów syna znoszone spodnie, wzywano Franciszka, a ten zawsze potrafił problemat rozwiązać. Z łachmanów prawie uzyskiwał świeże odzienie. To też ceniono go powszechnie i szanowano, a on zasługiwał na ów szacunek, na zaufanie, którem go darzono, nie tylko z powodu swej skrupulatnej uczciwości, swej starannej pracy i swej usłużności, ale także ponieważ był wcieleniem dyskrecyi : nigdy nie powtórzył w jednym domu, co słyszał w drugim. A Bóg wie, ile szczególów ciekawych, zabawnych i humorystycznych słyszał, przy ilu scenach komicznych lub dramatycznych był obecnym.

Urodził się w Polsce, zaś do Francyi przybył po zawierusze z roku 1848, licząc 25 lat. W miasteczku znano go pod imieniem chrzestnem, któremu zazwyczaj nadawano formę zdrobniałą. Często także określano go mianem „krawczyka polskiego“.

Drobny, mały, o twarzy wychudzonej, zasługiwał niejako na owe diminutiva.

Pośród klientów zwykłych Franciszka był kapitalista Florestan Guillobert, który pewnego dnia jął dowodzić krawczykowi, że powinien kupić magazyn krawiecki znajdujący się do sprzedania na placu Reggio.

— Dziękuję panu za radę — wymawiał się Franciszek, — ale… ale… pan twierdzi, że nie powinienem zwlekać, ja zaś sądzę, że tak. Zarabiam mało to prawda, ale mam z czego żyć ; nie troskam się, jestem spokojny. To ma swe znaczenie ! A z wielkim magazynem…

— Kto nie ryzykuje, nie ma nic Franusiu. Jeśli zaś tobie potrzeba kil­kuset franków, ja ci je pożyczę.

— Jeszcze raz dzięki, panie Guillobert, ale ja nie lubię ryzykować. Każdy człowiek ma swoje zasady…

— Czego jednak Franciszek nie dodał to, iż nie wierzył w obietnice swego pseudoprotektora. Korpulentny ów, bogaty i nadymający się miesz­czuch, który po lada szybszym chodzie musiał zawsze ocierać sobie czoło z potu, miał szpetny zwyczaj nie tylko obiecywać i nie dotrzymywać, ale nawet wyobrażać sobie, że obietnicę spełnił. Opowiadano o nim w tej mierze sporo anegdot. Zaproszony przez dawnego aptekarza Picardela na obiad, po powrocie wyraził żonie życzenie odwzajemnienia się, nigdy atoli daty zaprosin nie ustalił. W pięć miesięcy później okazuje zdziwienie, że Picardelowie już go więcej nie zapraszają.

— Ależ mój drogi — mówi żona — to na nas kolej ich zaprosić…

— Jakto na nas ? Wszak byli u nas na obiedzie około Bożego Naro­dzenia…

— ? ?…

— A tak, widzę ich przy naszym stole i ciebie także.

— Było to, ale po tej uczcie oni nas do siebie zaprosili.

— Jesteś tego pewna, Zenaido ?

— Najzupełniej Florestanie.

Swemu kuzynowi przyrzekł kupić palto, nigdy go nie kupił, ale mło­dzieńcowi mimo to wypominał niewdzięczność. Podobnie przypominał sobie wszelkie szczegóły odnoszące się do zakupienia szalu swej służącej, ale zakupienie to nigdy nie doszło do skutku.

Od jakiegoś czasu państwo Guillobert mieli pokojową, Bernardynę Ancelin, miłą i piękną dziewczynę, która opuściła swój zawód prasowaczki, bo wyziewy węgli zwiększały jeszcze bardziej jej anemię. Przez długie miesiące, a nawet lata, nakłaniał Guillobert polskiego krawczyka do ożenienia się z Bernardyną i w sercu wychodźcy tliła się szczera sympatya do niej. Zwlekał jednakże ustawicznie z oświadczeniem się, aż wdowiec Melinot, piekarz w Barze zabrał mu pannę. Bernardyna stała się panią Melinot.

— Żle zrobiłeś, panie Franciszku, nie decydując się wcześniej ! — mówił p. Guillobert.

— Niech Bernardyna będzie szczęśliwą, to mi wystarczy. Mój los już pozostać starym kawalerem.

Istotnie Franciszek prawie, że czterdiestki dochodząc, przestał myśleć o małżeńtwie. I bardziej niż k kedykolwiek powtarzał sobie, że wróci wkrótce do Polski.

Tymczasem Bernardyna powiła syna, Maurycego. Minęło dziesięć lat od tego czasu, mąż zarabiał dostatecznie, gdy nieszczęśliwy wypadek pozbawił go życia. Koń uniósł go, a po jego śmierci wdowie ciężko ułożyło się istnienie. Zgryzcta i obarczenie pracą poderwały wątłe jej zdrowie, dom począł chylić się do upadku. Ręka śmierci zasłaniając Bernardynie oczy na zawsze nie dała jej ujrzeć ostatecznej ruiny majatkowej.

— I cóż Franusiu, co poczniemy z Maurycym ? — pytał pan Guillobert krawczyka wracając z pogrzebu Bernardyny i ocierając sobie bardziej niż kiedykolwiek czoło.

— Właśnie o tem myślałem, panie Guillobert. Co zrobimy z tem dziec­kiem ? nie można go wysłać do przytułku sierot. Nie można już tylko z szacunku dla matki, z czci dla jej pamięci. Taka dzielna, taka zacna kobieta !

— Kto o tem lepiej może wiedzieć od nas. — Wzór kobiety. Żadna z służących zatrudnionych u nas później nie dorównała jej.

— Nie wątpię o tem. Ale chciałem panu powiedzieć… Miałbym zamiar… jeśli pan na to pozwoli…

Franciszek miał zamiar adoptować chłopczyka — jeśli pan Guillobert tego samego zamiaru nie żywił. Naturalnie, że mieszczuch skory do dobro­dziejstw — językiem o tem ani myślał i Franciszkowi zaszczyt adoptacyi odstąpił, przyrzekając, jak zawsze, podzielić się wydatkami, czego naturalnie nigdy nie uczynił.

Franciszkowi na tem nie zależało. Zabrał syna Bernardyny, umieścił go u siebie, dał mu dokończyć szkoły, a potem gdy chłopiec stanął przed wyborem zawodu i oświadczył chęć zostania krawcem, udzielił mu jak najlepszy ojciec potrzebnej nauki.

Niestety Maurycy podobnym był do swej matki nie tylko z twarzy i łagodności ; odziedziczył po niej także jej wątłą konstytucyę. Pokaszliwał nieustannie, parę razy potrzeba było wezwać lekarza. Dochodząc siedemnastu lat, zmuszony był przez całą zimę nie wyjść z pokoju. Następnego roku choroba piersiowa uniosła go i cichy słodki młodzieniec spoczął na cmentarzu przy swych rodzicach.

Był to srogi cios dla biednego Franciszka, który ubóstwiał to dziecko, nie miał nikogo nad nie na świecie i teraz znalazł się sam jeden z brzemieniem lat na plecach. Roił sobie tyle snów, zbudował tyle zamków na lodzie. Myślał, że Maurycy otworzy sklep, ożeni się, że będzie mu się świetnie powo­dziło, i że będzie szczęśliwym w małżeństwie ; on zaś, Franciszek, zamknie oczy wśród tej szczęśliwej rodziny, która będzie jakby jego wła­sna. Chyba że… Chyba że w tym czasie droga jego Polska zostanie odtwo­rzoną, zmartwychwstanie i jego do powrotu zawezwie…

Lata mijały ; skromny emigrant pozostawił za sobą sześćdziesiątkę, potem siódmy krzyżyk, przekroczył ósmy dziesiątek i wciąż widziano go drepcącego po ulicach Baru, z piersią wyprostowaną, z włosami długimi, w futerku swem dawnem bardziej wypłowiałem i startem. Bladość cery prze­szla w żółtość i ziemistość ; zmarszczki orały jego oblicze rysując w niem czarne pręgi ; ale spojrzenie było młodzieńcze, a piękne brunatne oczy lśniły zawsze błyskawicznym połyskiem pod krzaczystemi brwiami.

Pewnego dnia wiosny dowiedziano się, że Franuś, sędziwy krawczyk polski został dotknięty ciężkiem zapaleniem płuc i że przeniesiono go do szpitala. Potem w kilka dni później doniesiono, że umarł — umarł, zlewając w ostatnim swym wysiłku, ostatniem wywołaniu, wspomnienie swej ojczy­zny i małego swego Maurycego, syna Bernardyny.

Przytoczyłem umyślnie przydługie nieco streszczenie pięknej owej noweli, gdyż unaocznia nam ona technikę Cimochowskiego. Widzimy tu jak żywe osobistości poruszające się na stronicach naszego autora. Jakże pełen piękna jest portret Wieczorkiewicza, jak wyraziście zarysowują się przy nim Bernardyna, Maurycy, mieszczuch Guillobert. A pominąłem jeszcze sylwetkę męża Bernardyny i konkurenta Franciszkowego, innego krawca w Barze. Cim nawet w podeszłym już wieku zachował zdolność wykrawy­wania ze swych spostrzeżen i wspomnień wycinanek niesłychanie wyrazi­stych i żyjących.

Równocześnie spostrzegamy tu szybkie następowanie po sobie momentów ; właściwość to, że tak powiem, dramaturgów i rzeczywiście żałować niekiedy wypada, że rodak nasz nie próbował swych sił w zakresie scenicznym.

Nareszcie szczerze i z rozmachem odzwierciedliła się w dziejach kraw­czyka polskiego dusza autora. Kto przeczyta ową nowelkę, nie może nie poczuć sympatyi dla zabłąkanego na ulice Baru Polaka, a przez niego dla ojczyzny, na której pniu wyrosło to czyste, prawe, proste serce.

Narody jak ludzie za cel życia powinny uważać : być kochanymi. Cimochowski skarbiąc miłość dla ojczyzny swych przodków, zasłużył się około niej.

Pewnego ranku majowego przechodziłem przez paryski Pont des Arts. U moich stóp ciągnęła się stalowej barwy smuga Sekwany, po prawej ręce widniała pozłocista kopuła Instytutu. Słońce igrało odświętnie na moście, przez który raźno mknęła fala przechodniów.

Naraz do ust moich i do oczu poczęły cisnąć się jakieś miękkie kosmki. Prześlizgiwały sicę pieszczotliwie, zatrzymywały we włosach i przy ubraniu. Przyjrzałem się im : to były plemniki topoli biegnących szeregiem wzdłuż Sekwany o jakie pół kilometra od mostu.

Wiosna była i smukłe drzewa rzucały ze swych gałęzi i szczytów pełnemi garściami puszyste nasiona, by usiać brzegi dalekie nawet, tusząc że przecie tu i owdzie wśród kamyków nad wodą nasienie się przyjmie. Stałoby się to zapewne, gdyby nie kultura, która tylko tam pozwala drzewu urość, gdzie człowiekowi to jest wygodne.

Często gdy myślę o Polsce wraca mi przed oczy ten obraz topoli ciskających hojnie w dalekie przestrzenie swe nasiona. Topól nadbrzeżna i ty Polsko, jakżeście podobne ! Zlewacie się w jedno, kiedy wzrok mój duchowy ogląda ów zastęp emigracyi, która tylu chlubnych synów dała Francyi, ów czarny nieprzejrzany szereg skazańców, co ucywilizowali Sybir, owo grono mężów wybitnych rozproszonych po świecie, Rosyan i Niemców o polskiem nazwisku, Korytkę, który budzi ludoznawstwo Słowieńców, kompozytora włoskiego Boitę, który z ojca Polaka się urodził, powieściopisarza angielskiego Konrada, który dziś w Albionie zbiera tryumfy, syna wychodźcy po r. 1863, Korzeniowskiego.

Takim plemnikiem nadwiślańskiej topoli, który przyjął się i wyrósł pod niebem francuskiem, zachowując jednak jeszcze swój polski charakter, jest mąż prawdziwego talentu i zasług, Albert Cim-Cimochowski.

Paryż w kwietniu.

Dr. Włodzimierz Bugiel.


Dr. Włodzimierz Bugiel, Albert Cim-Cimochowski, Portret literacki. Poznań : Dziennika Poznańskiego (imprimeur), 1913 ; 1 vol. (38 p.), 19 cm (in-16).
Texte retranscrit d’après le fac-similé de la Bibliothèque nationale de Pologne, Varsovie (Biblioteka Narodowa).


 Note de la page 11
  1.  Słynny zbiór nowel napisany wspólnie przez
    Zole i jego pięciu przyjaciół.  ↩

Ajouter un commentaire

Les commentaires peuvent être formatés en utilisant une syntaxe wiki simplifiée.

Fil des commentaires pour ce texte